HENRYK SIENKIEWICZ - cz. II
Konstanty Wojciechowski
HENRYK SIENKIEWICZ
Humor i hymn na chwałę bohaterstwa — to jakby dwie struny, dwa tony, dźwięczące w całej „Trylogii a raczej odwróćmy porządek: hymn na cześć bo- haterstwa i humor. Bo postaci humorystyczne (i sceny — o których później) zajmują mniej miejsca i mniej narzucają się wyobraźni czytelnika, niż postaci i sceny przepojone żywiołem bohaterskim. Sienkiewicz kocha się w postaciach silnych, sil- nych duchem (Skrzetuski, książę Jeremi,królowa Marya Kazimira, Czarniecki, ks. Kordecki...), ale i ciałem (Podbipięta, Roch Kowalski), nie znosi przeciętności. Zajmie go postać nawet wielka w zbrodni i wyrzeźbi ją nadzwyczajnie (Chmielnicki, Janusz Radziwiłł), po- stać małą (Opaliński, regimentarze, Krzeczowski) le- dwie pokaże, już ją usuwa sam albo przy pomocy którejś z osób powieści (Kuklinowskiego ekspedyuje Kmicic, posługując się kolanem). Kult siły widać w zamiłowaniu, z jakiem Sien- kiewicz kreśli zapasy ludzi o olbrzymiej sile mięśni, ramienia (Skrzetuski i Burdabut, Longinus i Półjan, Roch i dwunastu siłaczy), ale w zapasach tych, pra- wdę zawsze, chodzi nietylko o to, czy zwycięży sil- niejszy, ale i o to, czy wyjdzie to na korzyść sprawie Rzeczypospolitej. To tez na harce pod Konstantyno- wem, na bohaterski pojedynek pod Machnówką pa- trzymy nie z tem uczuciem, z jakiem spogląda widz na zmagania się siłaczy, lecz z troską i z gorącem ży- czeniem, by zwycięstwo przypadło w udziale przed- stawicielowi dobrej sprawy. Szczyt owych walk to w „Ogniem i mieczem bój pod Zbarażem, w „Potopie pod Częstochową, w „Panu Wołod jowskim pod Kamieńcem. Wszędzie oblężenie, wszędzie słabsze siły polskie walczą z po- tężniejszym wrogiem i wszędzie (choć Kamieniec pada) rycerstwo polskie okrywa się sławą nieśmiertelną. A cóż za moc niezmierna w kreśleniu obrazów bitew, co za plastyka. Olo pod Zbarażem.....Pułki (ko- zackie) pchały się jedne za drugimi, na ich czele „sam Chmielnicki — w ogniu, jak szatan czerwoni, szeroką pierś na kule wystawiający, z twarzą lwa, okiem orła — w chaosie, dymie, zamieszaniu, rzezi i zwichrzeniu, płomieniach na wszystko baczny... (Przez nagromadzenie wyrazów : w chaosie, dymie, rzezi i t. d. osiąga autor to, że wyobrażamy sobie okropność bitwy, jakąś potworną plątaninę). A dalej: „Ilu ich (kozaków) padło, nim doszli nakoniec do fosy..., któż opowie!... Lecz doszli i przeszli i poczęli się drzeć na wały. Wówczas rzekłbyś, że ta noc gwiaździsta to noc sądu ostatecznego. Działa, nie mogąc tłuc bliższych, ryczały ogniem na dalsze szeregi. Granaty, kreśląc łuki ogni- ste po niebie, leciały z chychotem piekielnym, czyniąc w ciemnościach dzień jasny. Piechota niemiecka i pol- ska łanowa, a obok niej... dragoni książęcy, leli wprost w twarze i piersi mołojców płomień i ołów'. (Odbie- ramy wrażenia słuchowe: działy ryczały, granaty le- ciały z chychotem piekielnym, i wzrokowe: łuki ogni- ste, w ciemnościach dzień jasny i t. d.). A jeszcze da- lej: „Pierwsze szeregi (kozackie) chciały się cofać, a pchane z tyłu nie mogły. Krew bluzgała pod sto- parni następujących. Wały siały się ślizkie, obsuwały się po nich nogi, ręce, piersi. Oni darli się na nie, spadali i znów darli, przykryci dymem, czarni od sa- dzy, kłuci, rąbani, gardząc ranami i śmiercią. Widzia- łeś ludzi, jakby nieprzytomnych z wściekłości, z wy- szczerzonymi zębami, z twarzą zalaną krwią... Żywi walczyli na drgającej masie pobitych i konających. Nie było już słychać komendy, jeno krzyk ogólny, straszny, w którym ginęło wszystko: i grzechot strzelb i charczenie rannych i jęki i syk granatów... To obraz przerażających zapasów mas. Ale są i ludzką wiarę i miarę przechodzące czyny jednostek. Oto straszny czworobok kozacki, oto mur włóczni, a ile ostrz, tyle śmierci grozi rycerzom. Któż mur ten złamie?! „Wtem jakiś husarz-wielkolud dopada w nie- powstrzymanym pędzie do ściany czworoboku; przez chwilę widać kopyta olbrzymiego konia zwieszone w po- wietrzu — następnie rycerz i rumak wpadają w śro- dek ścisku, druzgocząc włócznie, przewalając ludzi, łamiąc, miażdżąc, niwecząc. Jak orzeł spada na stado białych pardew, a one, zbite przed nim w lękliwą kupę, idą na łup drapieżnika, który rwie je pazurami i dziobem — tak pan Longinus Podbipięta, wpadłszy w środek nieprzyjacielskich szyków, szalał ze swym zerwikapturem. I nigdy trąba powietrzna nie czyni ta- kich spustoszeń w młodym i gęstym lesie, jakie on czynił w ścisku janczarów. Straszny był: postać jego przybrała nieczłowiecze wymiary: kobyła zmieniła się w jakiegoś smoka, ziejącego płomień z nozdrzy, a zerwi- kaptur troił się w ręku rycerza. Kisler-Bak, olbrzy- mi aga, rzucił się na niego i padł przecięty na dwoje. Próżno co tęższe chłopy wyciągną ręce, zastawią mu się włóczniami — wnet mrą, jakby rażeni gromem — on zaś tratuje po nich, ciska się w tłum największy i, co machnie — rzekłbyś: kłosy pod kosą padają, robi się pustka, słychać wrzask przestrachu, jęki, grzmot uderzeń, zgrzyt żelaza o czaszki i chrapanie piekielnej kobyły... Takich obrazów walk, takich postaci olbrzy- mich, nadludzkich a bohaterskich nie znała przed Sien- kiewiczem literatura polska, on dopiero wniósł do pi- śmiennictwa ów pierwiastek heroiczny w całej pełni. Przypominają się nam zapasy, opiewane przez gre- ckiego poetę Homera : dzieła Hektora i Achillesa... A każda bitwa (jak dawno już na to zwrócono uwagę) jest u Sienkiewicza inna, choć każda skreślona z niezrównanem mistrzostwem. Zawsze zdajemy so- bie sprawę z planu bitwy, widzimy rozmieszczenie wojsk, stanowiska wodzów, atak, zmaganie się mas, czyny jednostek. Klęski wojsk polskich niechętnie ma- luje Sienkiewicz, nie pomija ich, pominąć nie może, ale obrazu szczegółowego nie roztacza i najczęściej każe krótko opowiedzieć komuś o przebiegu fatalnej walki (Wierszuł opowiada o Piławcach, Stanisław Skrze- tuski o zdradzie pod Ujściem, Wołodyjowski o prze- granej pod Warszawą). Strasznej klęski hetmanów pod Korsuniem nie pozwala nam Sienkiewicz oglądać wprost, lecz tylko pozwala nam widzieć to, co Skrze- tuski słyszał i oglądał na rynku korsuńskim: zrazu ucieczkę czerni, potem kozaka wołającego: Chmiel bije Lachów! Pobyty jasno welmożny pany..., potem jeńców polskich, otoczonych oddziałem Tatarów, a po- tem.....Nagle (Skrzetuski) cofnął się w tył, rękoma po- czął bić powietrze, jak człowiek trafiony strzałą w piersi, z ust zaś wyrwał mu się krzyk straszny, nadludzki: Jezus, Maryo! to hetmani!... Nie wiadomo, czy Sien- kiewicz dlatego zakrył przed nami całość strasznego obrazu, że przed malowaniem go wzdrygało się jego uczucie polskie, ale to pewna, że bardziej nami wstrzą- snąć nie mógł, jak każąc nam podzielać uczucia Skrze- tuskiego na widok ostatecznego wyniku rozprawy. Wstrząsa nami, wzrusza nas Sienkiewicz w „Trylogii ustawicznie. Niema rozdziału, przy któ- rego czytaniu nie zabiłoby nam serce żywiej, czasem ze wzruszenia odkładamy książkę, czasem czytamy z wy- piekami na twarzy, czasem silą musimy panować nad sobą, bo czujemy, że